październik, 1978 r.
Spoglądałem na siedzącą obok kobietę. Gdybym spotkał ją 3 lata temu pewnie wyglądałaby inaczej. W tamtych wspomnieniach tryskała energią, zarażała optymizmem przyjaciół. Dbała o wygląd, strój. Nie powiem, podobała się mężczyznom i dobrze o tym wiedziałem. Spojrzenia pełne pożądania mierzące ją za każdym razem, gdy pojawiała się na ulicy. Teraz patrząc na nią, widzę jej puste, pełne smutku i zobojętnienia spojrzenie i zastanawiam się kogo mam obok siebie? Teresę, moją żonę, czy obcą zupełnie osobę. Wszystko zaczęło się 5 lat temu. Wtedy usłyszeliśmy tę hiobową wieść. U naszej maleńkiej Demi zdiagnozowano białaczkę. Do samego końca wierzyłem, że to wszystko jest tylko koszmarem, z którego wkrótce się obudzę. Bóg zabrał mi córkę, powoli odbierał mi żonę. Powoli traciłęm wszelką nadzieję, że Teresa wróci kiedykolwiek do normalnego życia. Zapadła na ciężką depresję. Kolejni psychiatrzy, do których ją zawoziłem rozkładali tylko ręcę mówiąc,że bardzo im przykro, ale nic nie da się zrobić. Teraz też znajdowaliśmy się w gabinecie kolejnego specjalisty. Teresa siedziała kompletnie otępiała. Byłem bliski płaczu. Doktor Willowstone nagle przeniósł swój wzrok na mnie.
-Panie Adamie- powiedział ciepłym głosem- sądzę, że znam odpowiednie lekarstwo, które uśmierzy cierpienie pańskiej małżonki.
Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Trawiłem w milczeniu jego słowa.
-Sądzę- kontynuował lekarz- że jedyne co teraz może pomóc i panu i pani Teresie, to nowe dziecko. Nie myśleli państwo o adopcji?
Nagle Teresa poderwała się z krzesła i piskliwym głosem rzekła:
-Dziecko?
Wtedy nie wiedziałem, że doktor Willowstone wywoła w ten sposób lawinę tragicznych, mających przynieść dramatyczne konsekwencje wydarzeń.
środa, 30 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz